Nie wiem czy to sposób skuteczny ale mnie się trochę poprawił humor. Jeszcze nie tak do końca odegnałam chandrę ale jest lepiej, dużo lepiej, bo cóż tak nie poprawia złego humoru jak zakupy.
Przez dwa dni buszowałam sobie po sklepach, coś tam zamówiłam i już otrzymałam i objadałam się ulubionym marcepanem ( mniam! ).
No i co takiego kupiłam? Pewnie już się domyślacie. Tak, tak -kupiłam buty. Pewnie, że mam ich dużo i nie powinnam ale co zrobić, gdy nastrój podły a one się do człowieka śmieją i kuszą.
I niteczki, bo jakże mogło być inaczej. Najpierw zamówiłam sobie to cudeńko;
Potem pojechałam do fastrygi po wełenkę i moherki;
Gdzieś zapodziało mi się zdjęcie moherków ale kupiłam kilka kolorów.
I kilka moteczków z wyprzedaży: szetland i sonatka moja ulubiona, grafitowa i pastelowo-blado-seledynowa. Widzicie tę cenę?
Kupiłam sukienkę, tuniczkę, spodnie i spódniczkę no i mężusiowi też coś, przecież nie jestem egoistką.
A w lumpeksie, który się właśnie koło mnie otworzył takie coś na szpuli, będzie na chusty.
To na szpuli to pewnie jakaś mieszanka z moherem, ma trochę kłaczka. Pomarańczowy pewnie akryl a błękitny moteczek to bawełna. Pani powiedziała, że jeszcze "coś tam" przywiezie jak tylko "coś tam" będzie.
Spójrzcie, kto mnie podgląda jak piszę;
Fascynacja wodą, skąd i dokąd leci;
Witam serdecznie nowe obserwatorki i moje stałe bywalczynie,
dziękuję za każde miłe słowo i pozostawione komentarze...